Trzygodzinny wachlarz muzycznych emocji w klasy(cysty)cznym stylu. ( data: 2010-03-15 00:45:02 / wyświetleń: 166 / autor: elbi / pobierz notatkę na dysk )
Wielu genialnych muzyków udowodniło, że można stworzyć wielogodzinny utwór muzyczny, który, mimo że składa się z setek pozornie różnych melodii i motywów, jest w niewiarygodny sposób spójny i tworzy jedną kompletną całość. Wszystkie elementy przeplatają się i uzupełniają nawzajem, pokrywając stopniowo cały wachlarz emocji, muzycznych rozwiązać i różnych sposobów na budowę atmosfery, przypominając proces wypełniania płótna kolorami. Z pomocą muzyki, która nie powinna być tu traktowana jako tło do fabuły ale jako jej integralna część, tragizm w lekki i naturalny sposób przeplata się z komedią, nienawiść z miłością, smutek ze szczęściem. Dokładne opisywanie tych uczuć wydaje się nie mieć sensu, jako że to właśnie muzyka najlepiej je przybliża, dużo bardziej rozlegle niż słowa, w sposób abstrakcyjny i wymagający właściwego użycia naszej wrażliwości. Przyjrzyjmy się więc bliżej „Don Giovanniemu” Mozarta, który jest muzyczną adaptacją słynnej historii najbardziej znanego podrywacza w historii postaci fikcyjnych i jednocześnie jednym z najbardziej idealnych, pełnych i kompletnych dzieł operowych.
Opera, ta jak i każda inna, zaczyna się od uwertury – kilkuminutowego fragmentu instrumentalnego zapowiadającego właściwe dzieło. W „Don Giovannim” uwertura jest naprawdę wyjątkowa. Rytmiczna, dynamiczna, wykorzystująca całą masę rozwiązań muzycznych. Na początku wybrzmiewają dwa potężne, rozciągnięte akordy zagrane przez całą orkiestrę – każdy instrument pełni w nich inną funkcję, co daje efekt jakby tylko dwóch, ale bardzo złożonych, lekko pulsujących dźwięków. Wszystko jest wzmocnione szaleńczymi perkusyjnymi dźwiękami kotłów. Akordy wygasają stopniowo i właśnie wtedy najlepiej słychać z ilu warstw były złożone. Potem powoli zaczyna się budować właściwa melodia - mroczna, niepewna, tajemnicza. Wolno narastająca sekcja instrumentów dętych drewnianych na tle rytmicznej gry skrzypiec już po kilku sekundach schodzi na dalszy plan, dając wypłynąć na wierzch właśnie skrzypcom. Te natomiast po kolejnej krótkiej chwili wyraźnie rozdzielają się na dwa zestawy, z których jeden gra melodię prowadzącą, a drugi podkład. Jednak już po dwóch taktach wszystkie skrzypce znowu łączą się w jedną melodię, ale wciąż we współpracy ze zróżnicowaną grą reszty orkiestry. Co kilka taktów jest jakaś zmiana – skrzypce znowu się rozdzielają żeby po chwili do siebie wrócić, kotły i kontrabasy chwilami potęgują brzmienie orkiestry zaraz wyciszając się zmieniając tym samym całą atmosferę na bardziej melodyjną i delikatną, po chwilach gładko płynącej melodii następują rytmicznie powtarzające się kilkudźwiękowe frazy, melodia wspina się i opada, napięcie rośnie i rozwiązuje się, niekiedy nawet jedna sekcja zaczyna melodię, a całkiem inna ją kończy. W całej tej zabawie praktycznie nie zauważamy, że początkowy mrok gładko ustąpił miejsca radości i skoczności. Co jakiś czas wracają znane sprzed kilku taktów melodie. Tak już będzie do końca sztuki – motywy powtarzać się będą zgodnie z akcją – każda postać ma „swoją” melodię, zestaw melodii albo przynajmniej skalę przypisaną do niej. Tak więc w trakcie trwania dzieła słychać będzie motywy, które pojawiały się wiele scen przedtem, czy, co ciekawsze, w uwerturze. Słychać to bardzo wyraźnie pod koniec opery, w punkcie kulminacyjnym. Nie zdradzę dokładnie szczegółów zakończenia, ale powiem tylko że jest to jeden z najbardziej mrocznych, podniosłych i przerażających momentów w historii opery. Słychać tam znowu dwa charakterystyczne akordy, które otwierały uwerturę i potem pojawiały się jeszcze kilka razy, za każdym razem przyprawiając nas o ciarki na plecach. Jednak tym razem nastrój nie zmienia się, przez kilka kolejnych minut mrok i napięcie sięga szczytu aż do zakończenia akcji. Cała scena jest tak charakterystyczna i znacząca, że została nawet przedstawiona w filmie „Amadeusz”. Wróćmy jednak do uwertury. Pod koniec, po momencie kulminacyjnym wszystkie instrumenty znowu spotykają się razem na jednym akordzie. Zupełnie jak na samym początku, z tym że zamiast akordu molowego, który wprowadził niepokój i napięcie w pierwszym akordzie, tworzą durowy, wyraźnie zamykając toniką całą uwerturę.
Nie ma nawet czasu na brawa, orkiestra natychmiast daje życie nowej melodii, która narastając w interesujący sposób, wzbudza ciekawość i zwiastuje, że będzie się działo naprawdę wiele. W tym czasie odsłania się spowita mrokiem scena i stoi na niej pierwszy bohater. Kiedy melodia się kończy, zostaje powtórzona, ale tym razem wtapia się w nią śpiew bohatera. Okazuje się, że jest to Leporello, sługa Don Giovanniego. Żali się on na swojego pana, przez którego, żeby to delikatnie ująć, rozwiązłe życie, musi znosić wiele trudów takich jak nieprzespane noce czy złe odżywiane, nie mając z tego nawet podziękowania. W tym czasie Don Giovanni jest na podrywie, jak każdej nocy zresztą. Pod koniec swojej arii, Leporello stwierdza że ktoś się zbliża i musi się schować. Melodia gwałtownie przechodzi w bardziej dynamiczną i groźną, co jest, i tak jak to już będzie do końca, odzwierciedleniem akcji na scenie. Nasz podrywacz próbuje uciec przed kobietą, która śpiewa: „Pierwej zginę niż Ci uciec dam” na co on odpowiada podobną melodią: „O szalona, próżne krzyki. Kim jestem, nie powiem”, natomiast Leporello komentuje sytuację: „Co za zgiełk i wrzawa, Pan znów w opałach”. Następnie wszyscy śpiewają kolejne swoje partie razem, co daje niesamowity efekt – trzy różne melodie śpiewu plus muzyka orkiestry. Każda z partii jest wyraźnie rozpoznawalna, a razem tworzą genialną całość. W tej scenie warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden moment – kobieta przezywa Don Giovanniego „nikczemniku” (scellerato), on się rewanżuje: „nierozważna” (sconsigliata), po czym śpiewają to razem. Słowa z równą ilością sylab, ale z całkiem innymi zgłoskami świetnie brzmią zaśpiewane tą samą melodią przy współpracy orkiestry. Co więcej, na ostatni dźwięk wchodzi Leporello z kolejną swoją kwestią. Akcja biegnie z zawrotną szybkością dalej, Don Giovanni wpada na ojca kobiety którą próbował wykorzystać, ten wyzywa go na pojedynek a muzyka natychmiast wprowadza nastrój grozy i podniosłości. Sięga punktu kulminacyjnego kiedy Don Giovanni śpiewa „a zatem gotuj się na własną śmierć”, żeby zaraz znowu zacząć rytmicznie pędzić podczas gdy bohaterowie zaczynają walczyć. Nie na długo. Kiedy po krótkiej walce ojciec zostaje dźgnięty, instrumenty znowu zmieniają ton – grają ciche, przepełnione smutkiem tło dla ostatnich zdań bohatera. Na początku jest ono uzupełnione delikatnym rytmicznym pizzicato, co zwiększa kontrast pomiędzy tym momentem a następnym, okraszonym już płynną, mniej rytmiczną melodią, która pojawia się po momencie śmierci ojca. Dopiero teraz, po kilkunastu minutach opery, muzyka przynajmniej na chwilę zanika i rozpoczyna się krótki dialog Don Giovanniego z Leporellem. Po tym znowu smutek poprzedzony ogromną podniosłością – córka znajduje martwego ojca i zaczyna lamentować, powtarzając kilka razy przeszywające „Mój ojcze! O, ojcze! Ojcze kochany! Brak mi Ciebie!”...
A to dopiero początek. Przez kolejne trzy godziny jesteśmy świadkami potężnej karuzeli emocji i akcji, w jednym ciągłym, płynnym utworze. Mozart genialnie potrafił panować nad tymi elementami, tak operował muzycznymi środkami stylistycznymi, żeby w idealny sposób dopasować atmosferę do akcji, w każdym dowolnym momencie. I tak w trakcie utworu wybrzmiewa aria jednej ze zranionych kochanek, w której muzyce na początku słychać nienawiść i cierpienie. Jednak w pewnym momencie orkiestra zmienia ton na bardziej sentymentalny, nawet lekko miłosny. Gra znacznie wolniej i ciszej, atak instrumentów jest delikatniejszy, przestaje grać kontrabas, który dodawał do tej pory „negatywny” wydźwięk. Kobieta w tym momencie dochodzi do wniosku że jednak kocha sprawcę swojego cierpienia i podziwia go.
Muzyka oddaje także relacje między bohaterami – dzięki dźwiękom w abstrakcyjny sposób wiadomo co czuje dana kochanka do Don Giovanniego. Tak samo jest ze stosunkiem Leporella do swojego pana – zmienia się on przechodząc z nienawiści i pragnienia odejścia od niego, poprzez złość i zazdrość aż w końcu do zgody i chęci współpracy. Czuć to już przed werbalnym, dosłownym przekazem, oczywiście dzięki muzyce. Ciekawe są też duety miłosne, z idealnie zgranymi ze sobą partiami kochanków, ale także kłótnie, które tworzą jednolitą całość, mimo że muzycznie bohaterowie są ze sobą skontrastowani. Kontrast jest tak naprawdę pewnym rodzajem podobieństwa – kolory leżące po przeciwnych stronach koła barw są do siebie w pewien sposób podobne właśnie dzięki temu że się uzupełniają. Tak samo jest w muzyce – przeciwne sobie tonacje, czy też melodie wykonane w całkiem inny sposób, w innym tempie, wcale nie tworzą dysharmonii, tylko kontrast, a w wyniku tego – harmonię. W dziele Mozarta są też bardziej złożone rozwiązania – Leporello w pewnym momencie zostaje przyłapany przez kilku bohaterów, kiedy jego pan wrobił go żeby mu pomagał. Wynikiem tego jest przepiękny sekstet, kiedy piątka bohaterów – trzy kobiety i dwóch mężczyzn, jest ze sobą w muzycznej i fabularnej zgodzie i stoi przeciwko jednemu, który błaga o litość i próbuje się tłumaczyć.
Jak widać, odbiór opery wymaga dużej aktywności od słuchacza – w każdym pojedynczym takcie powinno się interpretować muzykę: rozdzielić sobie w wyobraźni całą orkiestrę na przynajmniej kilka najważniejszych partii, wizualizować sobie przebieg melodii każdej z nich żeby natychmiast łączyć wszystko w całość, „widzieć” jak instrumenty się wymijają, chowają i wypływają na powierzchnię, słuchać w jakim stopniu muzyka jest płynna a w jakim rytmiczna, wychwytywać podobieństwa i różnice danych partii wokalnych i instrumentalnych, słuchać jak jest stosowana zasada budowania i rozwiązywania napięcia, zwracać uwagę na dynamikę, i w końcu co najważniejsze – nauczyć się niewerbalnie odczuwać jak te czynniki wpływają na dzieło jako na opowieść. Dzięki temu zostaniemy sami wciągnięci w proces tworzenia sztuki, dokładnie tak jak pragną tego artyści tworząc swoje dzieła.
